9.peja-rap moja kokaina
Player audio w wersji BETA. Ew. zgłoszenia błędów prosimy kierować na
Komentarze (59)
Syf jak prowokacja niech odbije od nas, basta
Z mego miasta dla tych ludzi towar, który się nie nudzi
Więc przestań się łudzić, że już żony nie usłyszysz
To rap z siłą przebicia nie do pobicia
W rapie tym mam kibica to ulica, to klub
Zawistnym knebel w dziób, za mych ludzi wielki buch
Lufa wytrawnego trunku co rozgrzeje twój brzuch
I kto jest tu? tę odpowiedź znasz od dawna
W chuj rap petarda z SLU gangu wariat
I rzeczywistość twarda, w tekstach te suche relacje
Które wiernego słuchacza wprowadzą dzisiaj w akcję
Rap moją religią, na jej tle wojny nie będzie
To jednak uprzedzam przypierdolę swoją kwestię
Ryja wydrę na tracku aż się posra
Ten co na freestyle'u nie potrafi mi sprostać
To mój rap skurwysynu, rap jest moją kokainą
Niech wszyscy to rozkminią, za ten rap wciąż nas winią
Koniak nie tanie wino, tak to idzie, to ulice
Wszyscy nas słyszycie i znów z rapem na szczycie
P do N i kreska, oto biznes i domieszka
Właśnie tutaj mieszkam, grać rap to dla mnie pestka
Po siedemnastej mamy transfer za miastem
Bagaż nielegalny? to dla mnie bułka z masłem
Czuję się z tym dobrze i żebym tylko mógł
Rozpierdolić wszystkich kiepskich jak solowo Big Shoot
Jak gorąco, wszystkie cioty sie marszczą
Czy żal mi skurwysynów? człowieku nie bardzo
Dobrym stylem wciąż gardzą więc pierdolę ich, proste
Z rapem wyrosłem, lecz z rapu nie wyrosnę
Rap narkotykiem, ja od tego nie odwykłem
Ćpaj to zanim zniknę i zanim ty znikniesz
Miasto huczy od plotek, a ja nie dementuję
Bo życia nie żałuję, na drzewo spadać szuje
To mój rap skurwysynu, rap jest moją kokainą
Niech wszyscy to rozkminią, za ten rap wciąż nas winią
Koniak nie tanie wino, tak to idzie, to ulice
Wszyscy nas słyszycie i znów z rapem na szczycie
Trzecia szesnastka na szesnastkach nie z laczka
Chromowane felgi, to zwycięstwo nie porażka
Daj, daj mi to, jak Branigan The Carlito
Mam swe zasady, na trackach zasad ślady
Proste układy znane nam od wielu lat
Mam swój świat pełen wad, pełen zalet i strat
Rapowy fach, z którym wjeżdżam na piedestał
Ty żebyś się nie zesrał masz połamane krzesła
I nie jest wszystko jebnąć azjatycką piękność
Hip-hop honeys z nimi cierpieć na bezsenność
To daje pewność, rap, poczucie bezpieczeństwa
Nawet, gdy na trackach tych skurwieli wszystkich besztam
Rap z nim od dziecka, a komercja zdradziecka
Niech z mej ulicy spieprza, ty nie znajdziesz tu szczęścia
Bieda nieciekawa? wegetacja? ja znam to
Rozpierdolę wszystkich kiepskich jak Tim Dog rozjebał Compton
[x2]
To mój rap skurwysynu, rap jest moją kokainą
Niech wszyscy to rozkminią, za ten rap wciąż nas winią
Koniak nie tanie wino, tak to idzie, to ulice
Wszyscy nas słyszycie i znów z rapem na szczycie To nałóg, to pasja, ma racja, styl, akcja Syf jak prowokacja niech odbije od nas, basta Z mego miasta dla tych ludzi towar, który się nie nudzi Więc przestań się łudzić, że już żony nie usłyszysz To rap z siłą przebicia nie do pobicia W rapie tym mam kibica to ulica, to klub Zawistnym knebel w dziób, za mych ludzi wielki buch Lufa wytrawnego trunku co rozgrzeje twój brzuch I kto jest tu? tę odpowiedź znasz od dawna W chuj rap petarda z SLU gangu wariat I rzeczywistość twarda, w tekstach te suche relacje Które wiernego słuchacza wprowadzą dzisiaj w akcję Rap moją religią, na jej tle wojny nie będzie To jednak uprzedzam przypierdolę swoją kwestię Ryja wydrę na tracku aż się posra Ten co na freestyle'u nie potrafi mi sprostać To mój rap skurwysynu, rap jest moją kokainą Niech wszyscy to rozkminią, za ten rap wciąż nas winią Koniak nie tanie wino, tak to idzie, to ulice Wszyscy nas słyszycie i znów z rapem na szczycie P do N i kreska, oto biznes i domieszka Właśnie tutaj mieszkam, grać rap to dla mnie pestka Po siedemnastej mamy transfer za miastem Bagaż nielegalny? to dla mnie bułka z masłem Czuję się z tym dobrze i żebym tylko mógł Rozpierdolić wszystkich kiepskich jak solowo Big Shoot Jak gorąco, wszystkie cioty sie marszczą Czy żal mi skurwysynów? człowieku nie bardzo Dobrym stylem wciąż gardzą więc pierdolę ich, proste Z rapem wyrosłem, lecz z rapu nie wyrosnę Rap narkotykiem, ja od tego nie odwykłem Ćpaj to zanim zniknę i zanim ty znikniesz Miasto huczy od plotek, a ja nie dementuję Bo życia nie żałuję, na drzewo spadać szuje To mój rap skurwysynu, rap jest moją kokainą Niech wszyscy to rozkminią, za ten rap wciąż nas winią Koniak nie tanie wino, tak to idzie, to ulice Wszyscy nas słyszycie i znów z rapem na szczycie Trzecia szesnastka na szesnastkach nie z laczka Chromowane felgi, to zwycięstwo nie porażka Daj, daj mi to, jak Branigan The Carlito Mam swe zasady, na trackach zasad ślady Proste układy znane nam od wielu lat Mam swój świat pełen wad, pełen zalet i strat Rapowy fach, z którym wjeżdżam na piedestał Ty żebyś się nie zesrał masz połamane krzesła I nie jest wszystko jebnąć azjatycką piękność Hip-hop honeys z nimi cierpieć na bezsenność To daje pewność, rap, poczucie bezpieczeństwa Nawet, gdy na trackach tych skurwieli wszystkich besztam Rap z nim od dziecka, a komercja zdradziecka Niech z mej ulicy spieprza, ty nie znajdziesz tu szczęścia Bieda nieciekawa? wegetacja? ja znam to Rozpierdolę wszystkich kiepskich jak Tim Dog rozjebał Compton [x2] To mój rap skurwysynu, rap jest moją kokainą Niech wszyscy to rozkminią, za ten rap wciąż nas winią Koniak nie tanie wino, tak to idzie, to ulice Wszyscy nas słyszycie i znów z rapem na szczycie
Syf jak prowokacja niech odbije od nas, basta
Z mego miasta dla tych ludzi towar, który się nie nudzi
Więc przestań się łudzić, że już żony nie usłyszysz
To rap z siłą przebicia nie do pobicia
W rapie tym mam kibica to ulica, to klub
Zawistnym knebel w dziób, za mych ludzi wielki buch
Lufa wytrawnego trunku co rozgrzeje twój brzuch
I kto jest tu? tę odpowiedź znasz od dawna
W chuj rap petarda z SLU gangu wariat
I rzeczywistość twarda, w tekstach te suche relacje
Które wiernego słuchacza wprowadzą dzisiaj w akcję
Rap moją religią, na jej tle wojny nie będzie
To jednak uprzedzam przypierdolę swoją kwestię
Ryja wydrę na tracku aż się posra
Ten co na freestyle'u nie potrafi mi sprostać
To mój rap skurwysynu, rap jest moją kokainą
Niech wszyscy to rozkminią, za ten rap wciąż nas winią
Koniak nie tanie wino, tak to idzie, to ulice
Wszyscy nas słyszycie i znów z rapem na szczycie
P do N i kreska, oto biznes i domieszka
Właśnie tutaj mieszkam, grać rap to dla mnie pestka
Po siedemnastej mamy transfer za miastem
Bagaż nielegalny? to dla mnie bułka z masłem
Czuję się z tym dobrze i żebym tylko mógł
Rozpierdolić wszystkich kiepskich jak solowo Big Shoot
Jak gorąco, wszystkie cioty sie marszczą
Czy żal mi skurwysynów? człowieku nie bardzo
Dobrym stylem wciąż gardzą więc pierdolę ich, proste
Z rapem wyrosłem, lecz z rapu nie wyrosnę
Rap narkotykiem, ja od tego nie odwykłem
Ćpaj to zanim zniknę i zanim ty znikniesz
Miasto huczy od plotek, a ja nie dementuję
Bo życia nie żałuję, na drzewo spadać szuje
To mój rap skurwysynu, rap jest moją kokainą
Niech wszyscy to rozkminią, za ten rap wciąż nas winią
Koniak nie tanie wino, tak to idzie, to ulice
Wszyscy nas słyszycie i znów z rapem na szczycie
Trzecia szesnastka na szesnastkach nie z laczka
Chromowane felgi, to zwycięstwo nie porażka
Daj, daj mi to, jak Branigan The Carlito
Mam swe zasady, na trackach zasad ślady
Proste układy znane nam od wielu lat
Mam swój świat pełen wad, pełen zalet i strat
Rapowy fach, z którym wjeżdżam na piedestał
Ty żebyś się nie zesrał masz połamane krzesła
I nie jest wszystko jebnąć azjatycką piękność
Hip-hop honeys z nimi cierpieć na bezsenność
To daje pewność, rap, poczucie bezpieczeństwa
Nawet, gdy na trackach tych skurwieli wszystkich besztam
Rap z nim od dziecka, a komercja zdradziecka
Niech z mej ulicy spieprza, ty nie znajdziesz tu szczęścia
Bieda nieciekawa? wegetacja? ja znam to
Rozpierdolę wszystkich kiepskich jak Tim Dog rozjebał Compton
[x2]
To mój rap skurwysynu, rap jest moją kokainą
Niech wszyscy to rozkminią, za ten rap wciąż nas winią
Koniak nie tanie wino, tak to idzie, to ulice
Wszyscy nas słyszycie i znów z rapem na szczycie To nałóg, to pasja, ma racja, styl, akcja Syf jak prowokacja niech odbije od nas, basta Z mego miasta dla tych ludzi towar, który się nie nudzi Więc przestań się łudzić, że już żony nie usłyszysz To rap z siłą przebicia nie do pobicia W rapie tym mam kibica to ulica, to klub Zawistnym knebel w dziób, za mych ludzi wielki buch Lufa wytrawnego trunku co rozgrzeje twój brzuch I kto jest tu? tę odpowiedź znasz od dawna W chuj rap petarda z SLU gangu wariat I rzeczywistość twarda, w tekstach te suche relacje Które wiernego słuchacza wprowadzą dzisiaj w akcję Rap moją religią, na jej tle wojny nie będzie To jednak uprzedzam przypierdolę swoją kwestię Ryja wydrę na tracku aż się posra Ten co na freestyle'u nie potrafi mi sprostać To mój rap skurwysynu, rap jest moją kokainą Niech wszyscy to rozkminią, za ten rap wciąż nas winią Koniak nie tanie wino, tak to idzie, to ulice Wszyscy nas słyszycie i znów z rapem na szczycie P do N i kreska, oto biznes i domieszka Właśnie tutaj mieszkam, grać rap to dla mnie pestka Po siedemnastej mamy transfer za miastem Bagaż nielegalny? to dla mnie bułka z masłem Czuję się z tym dobrze i żebym tylko mógł Rozpierdolić wszystkich kiepskich jak solowo Big Shoot Jak gorąco, wszystkie cioty sie marszczą Czy żal mi skurwysynów? człowieku nie bardzo Dobrym stylem wciąż gardzą więc pierdolę ich, proste Z rapem wyrosłem, lecz z rapu nie wyrosnę Rap narkotykiem, ja od tego nie odwykłem Ćpaj to zanim zniknę i zanim ty znikniesz Miasto huczy od plotek, a ja nie dementuję Bo życia nie żałuję, na drzewo spadać szuje To mój rap skurwysynu, rap jest moją kokainą Niech wszyscy to rozkminią, za ten rap wciąż nas winią Koniak nie tanie wino, tak to idzie, to ulice Wszyscy nas słyszycie i znów z rapem na szczycie Trzecia szesnastka na szesnastkach nie z laczka Chromowane felgi, to zwycięstwo nie porażka Daj, daj mi to, jak Branigan The Carlito Mam swe zasady, na trackach zasad ślady Proste układy znane nam od wielu lat Mam swój świat pełen wad, pełen zalet i strat Rapowy fach, z którym wjeżdżam na piedestał Ty żebyś się nie zesrał masz połamane krzesła I nie jest wszystko jebnąć azjatycką piękność Hip-hop honeys z nimi cierpieć na bezsenność To daje pewność, rap, poczucie bezpieczeństwa Nawet, gdy na trackach tych skurwieli wszystkich besztam Rap z nim od dziecka, a komercja zdradziecka Niech z mej ulicy spieprza, ty nie znajdziesz tu szczęścia Bieda nieciekawa? wegetacja? ja znam to Rozpierdolę wszystkich kiepskich jak Tim Dog rozjebał Compton [x2] To mój rap skurwysynu, rap jest moją kokainą Niech wszyscy to rozkminią, za ten rap wciąż nas winią Koniak nie tanie wino, tak to idzie, to ulice Wszyscy nas słyszycie i znów z rapem na szczycie